Koncert Męskie Granie, 24.07.2010 r., Katowice

Początek Męskiego Grania w Katowicach określony został przez nas jako męskie sikanie. Po udanym polowaniu na miejsce parkingowe i wejściu na teren imprezy trudno było odmówić sobie przynajmniej jednego napoju organizatora tej całej imprezy. Choćby nie wiem jak odróżniać płeć męska od żeńskiej łączy nas jedno.

Ludziom chce się po prostu sikać. Dziwie się, że producent moczopędnego piwa o tym nie wiedział. Jeden browarek i rezygnacja z kolejnych za sprawą sporej kolejki do toalet wystawionych na zewnątrz. W gruncie rzeczy nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i zamiast przemierzać zakamarki Galerii Szybu Wilsona z plastikowym kubkiem Żywca, skupiliśmy się na koncertach.



Za takowy nie uznaję pokazów scenicznych Dj. Eprom. Żaden to wyjątek w moim przypadku jeśli chodzi o puszczanie muzyki dla ludzi. Rzecz gustu oparta o listę tego co usłyszymy w danym miejscu i czasie.

W związku z tym, że zrobił się bajzel organizacyjny, Bajzel widziałem i słyszałem na zewnętrznych telebimach z powodów, o których mowa powyżej. Podobnie rzecz miała się z Oxy.Gen. Początek występu udało się nam zobaczyć na sali koncertowej, którą szybko opuściliśmy po usłyszeniu głosy wokalisty. To raczej jego brak sprawił, że w naszych komentarzach po raz kolejny pojawił się Tomasz Lipa Lipnicki i jego nieobecność w sprawie męskości.

Andrzeja Smolika pogrążyło brzmienie. Jeszcze nie wszyscy realizatorzy dźwięku zrozumieli, że maksymalna moc głośników nie jest podstawową domeną imprezy. Dźwięk dużo odjął pozytywnych wibracji jakie zaczęły płynąć ze sceny. Muzykę należało jednak chłonąć jedynie uszami. Patrząc na gibającego się wokalistę odczuwało się niesmak. Z pozoru wydająca się na ekspresyjna reakcja nie szła w parze z tym co płynęło z głośników. Sytuację na szczęście uratował Artur Rojek z Myslovitz. Jego gościna wizyta w ostatnim utworze tak naprawdę otwarła całą koncertową część Męskiego Grania.

Całkowicie zaakceptowanym występem stał się, wreszcie, koncert Abradab. Jeszcze w trakcie jego trwania nazwałem występ Marcina Martena z zespołem występem Jay Z Męskiego Grania. Określenie nie wzięło się znikąd. Podczas Opener Festival w 2008 roku występ Jay Z stał się największą sensacją. Nie inaczej rzecz miała się podczas występu Abradab na katowickiej edycji żywieckiej imprezy. Żywo, energicznie, z porywającą ekspresją. Ta muzyka żyła na scenie, porywała ciało do tańca, wciągała swym potencjałem i mocą.

Cóż, świetnie rozkręcona impreza musiała wyhamować za sprawą niejakiego Kima Nowaka. Po specjalnej części, z udziałem Mariusza Wilczyńskiego, przyszła chwila na granie dla grania. Jak wyraził się Fisz, Kim Nowak jest jeden i nie trudno się z tym faktem zgodzić. Nie mniej muzyki w takim stylu jest od lat zatrzęsienie, a mnie w trakcie tego pseudo grania przychodziła na myśl grupa Organizm. Pomyślałem też o Olafie Deriglasoff. Fisz choć wsparcie promocyjne ma, nie wykorzystuje jego potencjału zżerając nie tylko ogon własnego ojca, ale również jego idoli. Koniec koncertu była ulgą.

Okazało się, że spora część widowni po koncercie Kim Nowak ruszyła w stronę wyjścia. To pozwoliło nam zając miejsca pod sceną, a na niej zainstalowano fortepian, by po chwili mógł pojawić się Leszek Możdżer.

W trakcie koncertu Mistrza, bo tak właśnie został słusznie określony ten wielki fortepianista, pomyślałem sobie, że niespodziewanie ostatnim punktem odniesienia ekspresji, mocy, pasji i szczerości muzycznej okazał się dla mnie fortepian. Nie przypuszczałbym tego jeszcze parę lat temu. Jednak dziś na scenie przoduje Król czarno białej klawiatury. Każdy z jego występów jest inny. Za każdym razem niesie podobną dużą dawkę emocji. Wojtek Waglewski, który pojawił się w końcówce jego koncertu wyszedł obronną ręką z podjętej próby walki na wspólne improwizacje. Jeden człowiek na scenie i jego palce u dłoni. Czarodziej, który wie jak wywołać ciarki na plecach. Wspaniałe uczucie.

Poniekąd Wojciech Waglewski jest twarzą kampanii promocyjnej Męskie Granie. Jego pojawienie się na scenie chwilę potem jak opuścił ją Leszek Możdżer okazało niezwykle senne. Niesmak po koncercie Kim Nowaka nie wywołał u mnie poruszenia wspólnym graniem z synem Fiszem. Waglewski senior naprawdę potrafi i może wiele. Niestety jego śpiąca twórczość poza niewielkimi, może dwoma przypadkami, nie porywa mnie w ogóle. Po niespełna trzech utworach żegnamy się z Męskim Graniem.

Galeria Szyb Wilsona pod względem imprezy masowej sprawdziła się dobrze. Niewiadomą pozostaje kontynuacja imprezy w następnych latach i wybór ewentualnego miejsca. Mając też nadzieje, że organizator przyłoży większą wagę do zaplecza higienicznego, szacując w prosty sposób: piwo – potrzeby fizjologiczne, nie zapomni o tym miejscu tworząc kolejną rozpiskę po mapie Polski.

W sumie udana impreza, która nie uniknęła wpadek rekompensowanych bardzo dobrym występem Abradab (odkrycie!) oraz niezwykłym Leszka Możdżera. Bez komentarz pozostawiam cały dobór męskiej reprezentacji ten całej kampanii. Zwrócę tylko uwagę, że po powrocie do domu i załączeniu TV, ujrzeliśmy jedną z twarzy jawiącej się jako płeć brzydsza zaproszonej przez Wojciecha Waglewskiego do całego przecie wzięcia .

Pan Maleńczuk pląsał sobie w kapeluszu kowbojskim zabawiając publiczność Piknik Mrągowo. Automatycznie na usta cisnęło się skiwtowanie, że wykonawca ten jest dziś w stanie zagrać wszystko i wszędzie kierując się jedynie głębokością kieszeni, a nie poczuciem estetyki czy jakichkolwiek innych zasad. Skoro jednak sypia spokojnie to nic nam do tego i dobrze się nawet stało, że wybrał Mazury, a nie górniczą dzielnice Katowic.
___

Koncert Męskie Granie, 24.07.2010 r., Katowice, Galeria Szyb Wilsona, wykonawcy: Dj. Eprom, Bajzel, Oxy.Gen, Abradab, Kim Nowak i Mariusz Wilczyński, Leszek Możdżer, Wojciech Waglewski

Marek Zawada

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza