Mało ludzi, ale ci co przyszli nie żałują na pewno.
Tower zagrał bez wywołania jakichkolwiek emocji i zszedł ze sceny ustępując miejsca głównemu daniu wieczoru - Bruce Diciknson z zespołem. Mała frekwencja nie pozwalała wytworzyć takiej atmosfery jak w Spodku, ale muzyka płynąca z głośników była wykonana równie dobrze jak wówczas.
