czyli Dimmu Borgir na salonach kontra silna scena black metalowa
 |
| Dimmu Borgir, zdjęcie: materiały prasowe |
Czy black metal może być przystępny? Patrząc na to co dzieje się na tej scenie od kilku lat można stwierdzić, że tak. Czy to moda? Cóż, na pewno konsekwencja medialnego szumu. Jednak tym razem prasa, telewizja i internet nie informują o palonych kościołach czy morderstwach. Mówi się o artystach, często zapominając o samej muzyce. Jest szum, jest tłum na koncertach. Pozytywną stroną tej popularności, ku być może zaskoczeniu sceptyków, docenia się jakość i daje szansę wartościowym dźwiękom. Zatem za Behemoth poszła Mgła, Furia In Twilight's Embrace, Blaze of Perdition, a nawet Bathuska. Czy wciąż myślimy o black metalu?
Zaglądamy do Norwegii, kolebki drugiej fali black metalu. Satyricon czy Dimmu Borgir to dziś pop kulturalna duma tego kraju. Z perspektywy ilości nagrań, wydawanych niemal codziennie płyt to zaledwie kropelka w tym morzu czerni. Tak jest niemal z każdą odmianą metalu. Po heavy metal, był thrash z wielką czwórką na czele. Przyszedł i czas na komercjalizację deathu i złagodzenie black metalu. Czy to wciąż black metal, z jego ideami?
Artysta powie, że to jego korzenie, że chce się rozwijać i iść do przodu. Nikt mu tego nie zabroni. Niczym flecista, który wyprowadził myszy z miasta, dany zespół pociąga za sobą swoich miłośników. To czary. Sęk w tym, że działają.