Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recencja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recencja. Pokaż wszystkie posty

Vader - Solitude in Madness

Vader - Solitude in Madness vader-store.com
ader - Solitude in Madness zdjęcie: za: vader-store.com
Już mnie mnie nudzą stwierdzenia, że linia wydawnicza grupy Vader przypomina sinusoidę. Raz dobrze, następnym razem gorzej. Impressions in Blood był pierwszym dołkiem, po którym nastąpiła dłuższa zapaść w moich relacjach muzyka Vader - ja. Przerwa trwała aż do 2014 roku. Wtedy nie tylko zachwyciłem się płytą Tibi et Igni to na dodatek udało mi się wrócić po scenę. Future of the Past II - Hell in the East podtrzymał poniekąd dobrą passę, a duże nadzieje na ciąg dalszy dała treściwa epka Iron Times. Niestety The Empire nie było niczym przyjemnym. Humoru nie poprawiła też kolejna mała płyta Thy Messenger. Kto jednak głodnym jest przez Vadera w końcu nakarmiony zostanie. Rok 2020 na rynku ukazuje się Solitude in Madness. Moc powraca!

Bielszy odcień czerni

czyli Dimmu Borgir na salonach kontra silna scena black metalowa

Dimmu Borgir
Dimmu Borgir, zdjęcie: materiały prasowe
Czy black metal może być przystępny? Patrząc na to co dzieje się na tej scenie od kilku lat można stwierdzić, że tak. Czy to moda? Cóż, na pewno konsekwencja medialnego szumu. Jednak tym razem prasa, telewizja i internet nie informują o palonych kościołach czy morderstwach. Mówi się o artystach, często zapominając o samej muzyce. Jest szum, jest tłum na koncertach. Pozytywną stroną tej popularności, ku być może zaskoczeniu sceptyków, docenia się jakość i daje szansę wartościowym dźwiękom. Zatem za Behemoth poszła Mgła, Furia In Twilight's Embrace, Blaze of Perdition, a nawet Bathuska. Czy wciąż myślimy o black metalu?

Zaglądamy do Norwegii, kolebki drugiej fali black metalu. Satyricon czy Dimmu Borgir to dziś pop kulturalna duma tego kraju. Z perspektywy ilości nagrań, wydawanych niemal codziennie płyt to zaledwie kropelka w tym morzu czerni. Tak jest niemal z każdą odmianą metalu. Po heavy metal, był thrash z wielką czwórką na czele. Przyszedł i czas na komercjalizację deathu i złagodzenie black metalu. Czy to wciąż black metal, z jego ideami?

Artysta powie, że to jego korzenie, że chce się rozwijać i iść do przodu. Nikt mu tego nie zabroni. Niczym flecista, który wyprowadził myszy z miasta, dany zespół pociąga za sobą swoich miłośników. To czary. Sęk w tym, że działają.

Metalmania 2018 - polscy klasycy metalu czyli piątka od Wolf Spider

Wolf Spider / Wilczy Pająk
Wolf Spider / Wilczy Pająk, zdjęcie: materiały prasowe
Metalmania 1987 i 1988 miały silny polski skład. Rządził Kat, Turbo, Wilczy Pająk, Dragon. Po trzydziestu latach na tym samym festiwalu zobaczymy znów Kata i Romana Kostrzewskiego oraz Wolf Spider. Skład polskich weteranów uzupełni Alastor. Aż chciałoby się jeszcze dotzucić Dragon czy nawet Turbo. Mimo wszystko weterani nie mogą narzekać, szczególnie gdy dorzuci się im jeszcze Mekong Delta czy Xentrix, czy Destroyer 666.

To były lata osiemdziesiąte XX wieku. Świat szalał na punkcie heavy metalu. Energii dodawał mu thrash, a szaleńców ekscytował black metal. Nie mogło to przejść bez w echa w naszym kraju.
Kopa scenie metalowej dało TSA. Jednak prawdziwy bum nastąpił z chwilą pojawienia się Kata, szatańskiej przemianie Turbo.


Morbid Angel, Cannibal Corpse, Anima Damnata

Morbid Angel - Kingdoms Disdained
okładka Morbid Angel - Kingdoms Disdained, źródło: materiały prasowe

Death metal wstaje z kolan. Wielki potężny brutalnie bezlitosny. Potrzeba było dekady, a nawet dwóch, by zrodzić się na nowo, powstać, otrzepać z popiołu, zdmuchnąć sadze norweskiego koniunkturalizmu. Pochyl głowę i z pokorą rzeknij Czekałem.

Death metal narodził się w Stanach Zjednoczonych, w Tempie na Florydzie. Jego wala uderzeniowa była tak wielka, że odbiła się rykoszetem o Szwecję. Tamtejsi Wikingowie starali się stanąć u boku do walki. Świat spowiła śmierć.

Corruption - Spleen


Corruption nie ogląda się za siebie. Owszem, w końcu można posłuchać wszystkich oficjalnych wydawnictw za pomocą kanałów strumieniowych takich jak na przykład na Spotify. Zobaczycie, że grupa zmienia się z każdą płytą. Najmniej odczuwalne jest to w czasach gdy za mikrofonem stał Rufus.

Płyta Me And That Man - Songs Of Love And Death

Me And That Man (John Porter, Adam Nergal Darski), źródło: materiały prasowe

Nergal i John Poter czyli zakazany owoc tolerancji.

Pokolenie, z którego się wywodzę nie umie mówić o patriotyzmie. Rzadko kto ma własne zdanie, ogarnia go populizm, bełkot kreowany tym co słyszał i czytał w radio i z gazety. Nie lubię gdy Adam Nergal Darski, lider grupy Behemoth, szef sieci salonów Barberian, właściciel bar & pub Libation, mówi o Polsce.

Małgorzata Ostrowska - Gramy

Usłyszałem tą koncertową płytę Małgorzaty Ostrowskiej zanim najlepszy damski głos na świecie pojawiła się na opolskiej scenie tegorocznego festiwalu polskiej piosenki. Nie widziałem Meluzyny, ale w ciemno mogę obstawiać, że ta zarejestrowana na płycie ma w sobie dużo więcej ognia. Skąd ta pewność? Swoje gitarowe trzy grosze dodał w rym utworze od siebie Lica z Luxtorpedy.
Zapewniam, że jest czadowo! Zagrany po nim mega hit Mister of America utrzymuje klimat. To na koniec. Zatem od początku.

Ira

Ira

(1989, Pronit)
Zacznę od grupy Fatum. Istniała sobie takowa i myślała, że przebój za przebojem z rękawa poleci.
Chłopaki dbali o fryzury, ciuchy. Efektem był uśmieszek i politowanie tych, którzy mieli stanowić grono fanów.
Grupa Ira na początku obrała podobną drogę. O ile na płycie Fatum Mania Szybkości muzycy pojawili się jedynie w formie rysunkowej na tylnej części okładki, to debiut Iry został przyozdobiony zdjęciem grupy na frontowej. Nie trzeba było sprawdzać zawartości, opakowanie mówiło samo za siebie. Sława drugiej płyty Mój dom spowodowała, nazwijmy to umownie, reedycje debiutu. Wówczas sięgnąłem po niego i ja. Przeczucia się sprawdziły, muzyka w stylu Mötley Crue, Bon Jovi, próba stworzenia własnego plastiku. Niestety jeszcze gorszej jakości niż koledzy za Wielką Wodą.

Hey

Fire 

(1993, Izabelin Studio)
Zespół Hey urodził się w czepku. Najpierw trasa z Acid Drinkers, potem festiwal Jarocin i pierwsza w Polsce taka promocja zapewniona przez wytwórnie.
Sukces płyty był tylko formalnością. Oczywiście nie obyłoby się bez talentu zespołu. Młodość znaczy szczerość. Płyta Fire jest przesiąknięta spontanicznością. Z pewnością wiele w niej naiwności, zapożyczeń rodem z Seatle (był sobie grunge), ale na ówczesny czas nikt z młodych nie miał takiej siły przebicia jak właśnie oni. Znaleźli się we właściwym czasie na właściwym miejscu. Dziś Fire to w zasadzie the best of sam w sobie. Klasyk, którego nie sposób brać pod uwagę, gdy myśli się o rocku w Polsce. Czy ktoś nie zna Teksańskiego, Mojej i Twojej Nadziei? To tylko zajawka, a nie którzy nie potrafią nawet tyle. Hey potrafił.

Tides From Nebula

Nie tak dawno dowiedziałem się, że Tides From Nebula wygrał jednen z telewizyjnych show Must Be The Music. Zdziwienie moje tym większe, że zespół zanic nie gra muzyki popularnej. Na pewno?

Pamiętam jak swoje pięć minut miał zespół Riverside. To były czasy płyty Anno Domini High Definition. Artykuł o nich przeczytałem nawet w magazynie telewizyjnym.

Nie widzę więc problemu żeby zespół pokorju Tides From Nebula pojawiła się w programie rozrywkowym i szerszemu gronu słuchacz pokazał inny styl ekspresji muzycznej. Ich intencje i tak zweryfikuje czas.

Luxtorpeda - MyWasWyNas

Aby otrzymać punkty payback za zakupy na Allegro należy skorzystać z wersji moblinej serwisu.

Byłem zalogowany do serwisu aukcyjnego gdy rozpoczynała się aukcja 1000 szt. płyty MyWasWyNas z autografami muzyków zespołu Luxtorpeda. Gdy wybiła godzina 0 odświeżyłem kilka razy "wszystkie produkty sprzedającego", ale nowa płyta nie pojawiła się. Sprawdziłem na profilu grupy w serwisie społecznościowym, link już był. Otwarła się strona, nie aplikacja, nawet udało mi się jeszcze dodać płytę do koszyka.

Dawid Podsiadło - Annoyance and Disappointment

Dawid Podsiadło zwycięzca programu X Factor emitowanej w stacji TVN. Jego kariera rozwija się w zawrotnym tempie. W 2015 r. wydał swoją drugą płytę. Do promocji wybrał utwór W dobrą stronę, który usłyszeć można niemal we wszystkich stajach radiowych. Kiedy jest okazja trzeba z niej korzystać. Zrobiłem tak z Annoyance and Disappointment i wiecie co? Ani trochę nie żałuje!

Mimo, że płyta wydana została w listopadzie ubiegłym roku to dla mnie jest to odkrycie 2016 r. Dopiero pierwszy kwartał, a ja już takimi sloganami sypie. Niech się mylę, niech wpadnie mi w ucho kilkanaście takich płyt jak ta! Dziś jest jak jest.

Płyta Parricide ‎– Sometimes It's Better To Be Blind And Deaf

Od czasów Patogen grupa Parricide nie próżnowała. Nowe wydawnictwa były okazją do konfrontacji z muzyką załogi na żywo. Mnie udało się to raz, bardzo późno. Czy jeszcze będę miał okazję? Pisząc szczerze trudno powiedzieć.

Płyta Sometimes It's Better To Be Blind And Deaf wydana w 2015 r. ma być ponoć tą ostatnią. Tak przynajmniej wynika z wywiadów jakie udzielił Piotr Sabarański, szef i siła napędowa Parricide.
Z jednej strony nie dziwię mu się. Życie daje kopa i stawia przed człowiekiem niełatwe wybory. Na muzykę ma się coraz mniej czasu. Traci na znaczeniu jej bieżące śledzenie, które kiedyś wydawało się niemal jak codzienną modlitwą.

Płyta Lipali - Fasady

Słuchając płyty Fasady, któryś raz z rzędu pomyślałem, że Lipali to taki polski Motörhead. Kolejna płyta, bliska brzmieniowo do poprzednich. Mimo wszystko wnosząca coś nowego, ale tylko na własne podwórko zespołu.

Lipali serwuje kolejną serię piosenek. Promocję nowej płyty rozpoczął od utworu Ludzie 1.2. Wg mnie najlepszego na krążku. Etniczne brzmienia, z ciekawym tekstem, szybko wpada w ucho. Jak zachęta do kupna sprawdził się doskonale. Piosenka otwiera też całą płytę. Manewr dobry. Osłuchany fan tylko czeka co będzie następne. Rozpoczyna się wachlarz muzycznych doznać. Pierwszy kontakt z płytą, świeżość brzmienia, do zespołu dołączył czwarty muzyk – multiinstrumentalista Roman Bereźnicki, nie odróżnia tego co dobre, a co gorsze. Poszcze fragmenty, chwytliwe riffy (Lava Love) od razu wpadają w ucho. Kolejne przesłuchania i dostrzegamy, że ten kawałek jest lepszy, a tamten nie koniecznie chcemy teraz słuchać.

Noise Magazine i Corruption Devil's Share

Wraz z nadejściem jesieni na półkach salonów prasowych pojawiło się nowe pismo – Noise Magazine. Dobra obsada redaktorska, z Łukaszem Dunajem na czele. Ciekawa szata graficzna. Bez ortodoksji. Chociaż czy na pewno? Przeczytałem wszystkie duże artykuły. Nie mam już serca do czytania recenzji. Brak mi tego ognia, który siedzi w redakcji. Zatrzymałem się na Tides From Nebula. I wolę sprawdzone marki. Czytać jednak lubię i będę robił to dalej. A co ze słuchaniem?


Bronię się przed sobą i ciągle mam nadzieje, że jeszcze nowa muzyka mnie zaskoczy. Mało jej do mnie dociera. Odsłuchiwanie topowych bandów i nie wiele tego trafia na półkę z płytami. Są jednak zespoły, na których nowe płyty czekam niecierpliwie. Takie, które utkwiły mi w pamięci świetnymi koncertami, które nigdy nie dały mi odczuć, że jestem tylko kolesiem spod sceny. Do nich należy Corruption. Jeden z niewielu zespołów, których występy widziałem w kilku miejscach w Polsce (Żary, Warszawa, Szczytno, Kraków, Katowice). Zabawa była doskonała. Płyta Virgin's Milk ma szczególne miejsce w muzycznym kącie mojego serca. Dzięki Bourbon River Bank na kolekcję whiskey mówię bourbon bank. Ten krążek też ma wyjątkowo cenię od innych. Wszystko za sprawą czasu kiedy dotarł do mnie zamówiony przez Internet. Trzy tygodnie wycięte z życia. Leżałem bez ruchu, a w odtwarzaczu na okrągło kręcił się Bourbon River Bank. Mam wrażenie, że znam obie płyty jak własną kieszeń. Przyszedł wreszcie czas na ich następce.



Corruption to Anioł. Piotr Wącisz, basista, mózg, lider, szef... blablabla. Anioł to Corruption!
Wystarczy spojrzeć wstecz. Zmieniał się postacie przy mikrofonie. Zmieniali się gitarzyści. Tylko on i... Melon. No, właśnie dlaczego nie ma już tego przesympatycznego gościa za perkusją?!
Nie wspomninać o Rufusie? Gitarzyści też poszli w siną dal. Widziałem ostatnio Rogi i może z czarci metalem da się solo występować, ale z samym basem pociągnąć Corruption? Pewnie, że nie!
Skład uzupełniono (dołączyli Daniel "Dani" Lechmański - gitara, wokal; Piotr "Rutkoś" Rutkowski - gitara, wokal; Bartek "Vincent" Gamracy - perkusja), nowy kontrakt podpisano (Swoją drogą brawo! Chociaż się coś dzieje w temacie). Zespół powiększył swoją dyskografię o Devil's Share.

Piasek był na Virgin's Milk. Whiskey na Bourbon River Bank. Co tym razem? Wiatr w żagle! Okręt zwodowany na pustynne głębie.
Cieszył się Anioł z kolejnych recenzji, wystawiając linki. Przyznam, że nie przeczytałem żadnej (przeczytałbym może w pierwszym Noise Magazine jakby była). Płyta jeździ ze mną w aucie. Była z nami na wakacjach. Słucham w domu. Ale bez analizy. Włączam i leci. I wiecie co? Dopiero dziś dotarł do mnie na 100% Born To Be Zakk Wylde. Znacznie lepiej przyjmowałem Betty Pyro czy ostatni Moment Of Truth. Tak trochę od końca to wszystko. W gruncie rzeczy to nie ma znaczenia!

Mam wrażenie, że tak przejrzystej, lekkiej płyty, pełnej luzu i powietrza Corruption nie nagrał nigdy. Gdyby trzeba zaprzeczyć samemu sobie to stwierdzę, że tak gęstego materiału wykonaniu zespołu nie słyszałem. Od perkusji począwszy, a na partiach wokali kończąc. Zresztą te najbardziej uwydatniają młodość zespołu. Charakter Corruption pozostał.

We wspomnianym Noise Magazine jest dyskusja na temat kondycji stoner rocka w Polsce. Biorą w niej udział Anioł i Rutkoś z Corruption, Kamil Ziółkowski z Palm Desert i Jan Galbas (Ampacity, Octopussy). Artykuł jest pewnie dobrą promocją dla tej sceny, zważywszy na liczby o jakich wspominają rozmówcy. Liczę, że jednak nowe pismo przyjmie zasadę pisania o dobrych zespołach, a nie szufladkach. Jeśli chodzi o Corruption to stoner czy nie, kawał dobrej muzyki zrobiony. To przede wszystkim!

Corruption

The Ultra-Florescence (1992, Carnage Records)
Pierwsze oficjalnie wydane nagrania grupy Corruption The Ultra-Florescence z 1992 roku, dzięki prężnie wówczas działającej firmie Carnage Records.
Nie po drodze nam było w tamtym czasie. Wtedy osobiście stawiałem na wysmakowaną prędkość najlepiej w thrashowym stylu. Tymczasem Corruption można wyobrazić sobie jako potwora z bagien.

Vader

The Ultimate Incatation (1993, Earache Records)
Kto około roku 1991 trzymał choć jeden egzemplarz Thrash'Em All ten wie, że priorytetem już wtedy dla tego pisma stawał się olsztyński zespół Vader. Reszta prasy niezbyt była skłonna aby poinformować o tym, że zespół podpisał kontrakt z liczącą się na metalowym rynku firmą Earache. Gdy tylko płyta The Ultimate Incantation ukazała się na polskim rynku za pośrednictwem firmy Carnage postanowiłem się zapoznać się z muzyką olsztynian.
Death metal w stylu Morbid Angel - tak jednoznacznie i krótko linijnie szufladkowałem Vader od tamtej pory. Klimat i brutalność ta sama. Na przemian z Covenant Morbidów The Ultimate... stało się moją ulubioną płytą kiedy przyszła ochota na prawdziwe porządne mocne granie. Wielki to i znaczący debiut. Śmiało można mówić już o klasyce metalu, a nawet rocka. Tak moi mili fani rocka, warto się zapoznać z tą produkcją choćby tylko dlatego aby przekonać się jak brzmiała płyta zespołu, który jako pierwszy odniósł znaczący i wielki sukces poza graniami naszego kraju. Myślę, że wkrótce okaże się, że nie tylko dlatego warto było wsłuchać się w te dźwięki.
___
Tekst archiwalny z 2002

De Profundis (1995, Impact Records)
Drugi pełny materiał olsztynian. Oczekiwania wielkie. Spełnione! Płyta dojrzała, z doskonałą produkcją. Nie tylko umocniła ona pozycję Vadera na świecie, ale stała się dla mnie najlepszą płytą z gatunku ekstremalnego death metalu. Według mnie to najlepsze rozwinięcie Reign In Blood Slayera jakie do tej pory dokonano. Szczerze polecam.
___
Tekst archiwalny z 2000

Black To The Blind (1997, Impact Records)
Po doskonałej produkcji jako szczycił się De Profundis zespół nagrał płytę, której brzmienie jest o wiele bardziej brudne i szorstkie. Dla mnie było to z początku rozczarowanie. Liczyłem na pójście za ciosem, a faktyczny stan rzeczy kojarzył mi się z krokiem w tył wykonanym przez zespół. Kiedy dziś (lipiec 2002) słucham tej płyty powiem Wam, że nie mogło stać się lepiej niż to uczyniono! Kompozycje bronią się doskonale, a to za sprawą właśnie brzmienia. Na tej płycie znalazł się mój number one Vadera - utwór Carnal. Niesamowity czad i nagłe zwolnienie w czasie, którego słyszymy głos Petera recytującego kolejne linijki tekstu, by po chwili znów uderzyć ścianą niesamowitych dźwięków, a za moment znów głos Petera. Często wracam do tej płyty choćby właśnie ze względu na Carnal. Sama płyta też nie jest za długa, co w przypadku takiej energii bijącej z głośników jest naprawdę wystarczające. Kolejna dobra płyta olsztynian.
___
Tekst archiwalny z 2002

Kingdom (1998, Impact Records)
Minialbum Kingdom przyniósł wiele kontrowersji. Vader zabawił się elektroniką co nie którzy oddani bracia i siostry nie umieli pojąć. A przecież Kingdom to przecież przede wszystkim utwór tytułowy, jakby nawiązujący do Carnal, ale wolniejszy, motoryczny. Dalej Breath Of Centuries z wręcz punkowym zacięciem, ale rzecz jasna przyprawiony sosem stricte vaderowskim. Kingdom można uznać za ciekawostkę, ale co ważne, ciekawostkę wartą fatygi zapoznania się z nią. Jako większą zachętę napisze tylko, że elektroniczna wersja Carnal wykorzystana został w filmie Gniew, co warte podkreślenia jest ot najciekawszy moment filmu i w dużym stopniu to zasługa właśnie muzycznego tła.
___
Tekst archiwalny z 2001

Live In Japan (1998, System Shock/Impact Records)
Mamy polską Made In Japan. Nie jesteśmy gorsi od Anglików, Szwedów, itd.! A wszystko dzięki Vader czyli już z całą pewnością możemy mówić o naszym zespole numer jeden poza granicami Polski. Inna sprawa, że jest to raczej płyta dla najzagorzalszych zwolenników. Nie polecałbym jej komuś, kto chciałby się zapoznać tylko z jedną produkcją zespołu. Nawet pomimo faktu, że mamy tu takie perełki jak kower Slayer. Inna sprawa płyta studyjna z muzyką death metal, inna - płyta koncertowa. Niestety jak dla mnie grupie nie udało się osiągnąć zadawalającego mnie efektu. Zresztą do czasu jej wydania nie udało się to jeszcze żadnej death metalowej grupie, która wydała swój koncert w postaci oficjalnego CD.

Litany (2000, Metal Blade)
Płyta ta to najlepszy dowód na to, że nie powinno wierzyć się recenzentom. Czytając to co napisali wywnioskowałem, że zespół poszedł drogą Black To The Blind. Materiał podobno powstawał prędko i być może stąd te skojarzenia z Black... Jednak jest jedna duża różnica - brzmienie! O ile przy Black... nie odpowiadało mi w ogóle to na Litany jest wręcz doskonałe. Selektywne, można usłyszeć niemal każdy nutę. Sama konstrukcja utworów to rozpędzone, krótkie kompozycje ze świetnie w komponowanymi zwolnieniami tempa. Litany było nominowane do Fryderyków w roku, w którym nagrodę dostało Acid Drinkers za płytę Amazing Atomic Activity. Z całym szacunkiem dla poznaniaków, ale tamta statuetka należała się Vaderowi, ale kto się tym przejmuje. Czas jest po stronie olsztynian i o Litany na pewno będzie się częściej jeszcze nie raz mówić, nić o niezwykłej atomowej aktywności kwasożłopów.


Revelations (2002, Metal Blade)
Newsy, raporty ze studia nagrań, artykuły w prasie mającej z muzyką tyle wspólnego co nic. Rozgłos ogromny. Vader nagrywa płytę. To znaczy już ją nagrał i cieszy się nią już cały świat. Tak tak są powody do radości, bowiem po raz kolejny za sprawą takich perełek jak Epitaph, Whisper, When Darkness Calls, The Code czy Revelations Of Black Moses. Sporo jak na jeden krążek prawda? Nie, nie reszta nie ustępuje w niczym, ale to te utwory od samego początku przykuwają uwagę najbardziej. Pierwszy z nich otwiera całą płytę. Naprawdę już od pierwszych taktów można się zdziwić i wiadomo, że nie będzie to kopia Litany tylko coś nowego w dorobku Vader. W drugim z wymienionych mamy specjalnego gościa - panie i panowie gościnie wspomógł w wokalnie Petera sam Nergal z Behemoth! Kolejne dwie kompozycje to moje absolutne faworyty na Revelations. Nie przypominam sobie by kiedykolwiek Vader grał w taki sposób. Wspaniałe! Przypominają się piękne czasy kiedy to triumf wiódł thrash. Oby więcej takich kompozycji w przyszłości chciałoby się rzec. Znając jednak Vader pewnie znów wymyśli coś innego w przyszłości. Tym razem pomysłów również nie zabrakło. Poszczególne kompozycje oparte są na kilku wątkach, czego najlepszym przykładem może być ostatnia z wyżej wymienionych kompozycji. Siedmio minutowy wręcz epicki utwór, przy którym na pewno na dłużej się zatrzymacie. Wszystko to ozdobione doskonałą okładką i równie taką samą produkcją. Fanom metalu tego zespołu nijak nie trzeba już rekomendować. Co się tyczy fanów rocka, którzy coś tam o death metalu słyszeli, ale ten hałas i w ogóle otoczka, napiszę, że macie kolejną okazję do tego aby zapoznać się z muzyką death metal na najwyższym światowym poziomie. Nie wierzę iż ktoś kto ma ucho wyczulone na dobrą muzykę tej płyty nie doceni. Szczerze polecam!
___
Tekst archiwalny z 2002

Blood(2003, Metal Blade)
Kiedy zobaczyłem okładkę Blood od razu wyrwało mi się - genialna! Vader miał już kilka świetnych okładek, ale ta przebija wszystkie. Kiedy wsłuchując się w muzykę zacząłem przyglądać się jej bardziej przyszło mi do głowy skojarzenie z God Hates Us All Slayer. Zaznaczę tu od razu, że chodzi mi o samą idee a nie kopiowanie pomysłu.
Revelations stało się moją ulubioną płytą zespołu. Ucieszyłem się więc na wieść iż w nasze ręce trafią pozostałe utwory z tej sesji oraz dwa świeżutkie numery. Epka o nie wiele krótszym czasie niż płyta długogrająca. Mimo to wydawca polski w końcu rozróżnił Ep od Lp i płytę można kupić po niższej cenie (przynajmniej tak jest w moim ulubionym sklepie muzycznym - hello All!).
Całość otwiera Shape-Shifting. Wstęp, Peter krzykiem dający o sobie znać i cała maszyna rusza. Zmiany tempa, nagłe pauzy. We Wait, jakby wolniejszy, przypominający Kingdom. Son of Fire - bardzo obrazowy, skondensowane uderzenie bez litości. Podobnie następny po nim As The Fallen Rise. Traveler nie da ci odetchnąć. Cały zespół rozpędzony gna ku When Darkness Calls, znany z Revelations, z prześwietnym thrashowym riffem. Vader choć wciąż w pełni świadom własnych deathowych korzeni, potrafi świeżo i otwarcie spojrzeć na świat innych dźwięków. Potrafi też w genialny i tylko na swój własny sposób zinterpretować utwór Thin Lizzy - Angel Of Death.
Vader to klasa sama w sobie. Blood to w żadnym przypadku skok na kasę. Blood to kolejny kawał solidnej dawki doskonałej muzyki, który umili wam czas dłużej niż do momentu wydania kolejnej dużej płyty przez zespół.
___
Tekst archiwalny z 2003

The Beast (2004, Metal Blade)
Na wydanym kilka dni wcześniej singlu zobaczyć można było raport ze studio, w którym rodziła się Bestia. Zespół, głównie w osobie Petera, wyjaśniał aspekty powstania nowego krążka. Rzecz jasna głównym daniem singla były dwa nowe premierowe utwory - Dark Transmission oraz Firebinger. Pierwszy z nich ze świetnym wstępem, nabierający szybkości, aby w momencie wyhamować wokalem Petera. Drugi, cięższy, bardziej masywny. Wniosek był jeden - można spodziewać się po The Beast różnorodności.
Cenię Vader za poczucie smaku i odpowiednie wyważenie mikstury, to znaczy za czas ich płyt. W myśl zasady, że lepiej spowodować u słuchacza odruch ponownego odpalenia odtwarzacza niż, co gorsza żeby znudzony wyłączył płytę w trakcie słuchania. Pierwsze przesłuchanie, to najbardziej ekscytujące, kiedy wyłapuje się te najbardziej odkryte smaczki. I tutaj na pierwszy plan wysunąłbym The Sea Came In At Last. Nie wiem czy tym którzy jeszcze nie słyszeli tej płyty nie zepsuję niespodzianki, ale to coś czego jeszcze w wykonaniu tego zespołu nie było. Klimat i ciężar przeniesiony w całkiem inne miejsce niż to czynił dotychczas Vader. To jednak nie jedyna niespodzianka, że uprzedzę jeszcze wstęp do zamykającego płytę Choices.
Nie samymi niespodziankami jednak nowa płyta Vader stoi. Zespół to doświadczony i swój styl ma, a że wciąż poszerza swoje granice rozwoju. Nie wnikam w tym momencie ilu jest za, a ilu przeciw. Napiszę co ja myślę. Vader bowiem według mnie definiuje dziś istotę metalu. Nie, nie death metalu. Kiedy wydaje się, że wszystko zostało już powiedziane w muzyce i tylko pozostaje w sposób ciekawy łączyć ze sobą odpowiednie historie Vader dokłada do tego swoje, wcale nie małe trzy gorsze. Thrash, czy wręcz heavy, death, a nawet doom. Oblewa to wszystko własnym rozpoznawalnym brzmieniowym sosem i powstaje kolejne dzieło. Uniwersalne w swej wymowie, ponad czasowe. I nie tyczy się to tylko The Beast. Czyż bowiem kiedy Bestia jest już z nami jej poprzedniczka Revelations się zestarzała? Nie! I nie sądzę aby zestarzeć miały się Znaki Bestii.
Vader nie spuszcza z gazu, powala, niszczy, miażdży i wciąż pędzi do przodu (te riffy! mistrzostwo!). Pozostanie choć przez chwilę z tyłu sprawić może, że nie dogonisz go już nigdy. Nie knebluj własnego wnętrza, otwórz je dla kolejnego dźwiękowego misterium. Jeśli jednak nie miałeś do czynienia z muzyką olsztynian, nie zastanawiaj się dłużej! Vader nagrał kolejny krążek, definiujący istotę metalu XXI wieku.
___
Tekst archiwalny z 2004

Night Of The Apocalypse (2005, DVD, Metal Mind)
Trzy koncerty. Jeden szczególny. Zagrany przed Metalliką na chorzowskim stadionie Śląskim. Pamiątka z tamtego wieczoru oraz dowód, że zespół brzmiał bardzo dobrze i ich występ celem rozgrzewki był słuszny.
Kolejny występ to Metalmania 2003. Tu już oprócz dobrego przyjęcia ze strony publiczności mamy ciemności i światła atuty dosyć istotne jak na tak wielką scenę.
To jednak dodatki. Daniem głównym jest koncert zarejestrowany w krakowskim Krzemionki TV Studio. Jestem przeciwnikiem tego miejsca. Publiczność spięta i choćby nie wiem jak nadzieje pokładał Peter lider zespołu to faktu teog nie zmienii. Koncert bardzo dobry. Śwetna gra świateł, dobre brzmienie, a jednak nie wiem czemu z większą przyjemnością ogląda się koncerty zamieszczone w dodatkach.
W dodatkach zamieszczone zostały również wywiady. Z Peterem, z Mauserem i Simonem oraz z Peterem i Docentem. Cenniejsza to tym bardziej pamiątka jeśli weźmie się pod uwage iż Doc nie często udzielał wywiadów.

The Art Of War (2005, Regain Records)
Bez litości. Vader postanowił użyć broni za jaką tęsknili wszyscy malkątenci kręcocy nosem na ostatni duży album The Beast i pozbyć się ich wszystkich. Wystarczyła krótka seria, zaledwie cztery kompozycje plus dwa przeładowania w postaci introdukcji. Jeśli ktoś jak ja myślał, że grupa zrobiła zwrot i cofnęła się, to już wyprowadzam was z błędu. Jest brutalnie, mocno, ale znów jest to zupełnie inne spojrzenie na takie dźwięki niż miało miejsce do tej pory. Oczywiście, że słychać od pierwszych taktów, że to Vader, to jest nieuniknione, ale The Art Of War to kolejna nowa jakość w dorobku grupy.
Szczególny to krążek również ze względu na jego produkcję. Peter oddał ją całkowicie w ręce braci Wiesławskich. Przyznam, że podchodziłem do tej kwestii sceptycznie, zważywszy na fakt, że zapowiadano powrót do brutalniejszego grania. Obawy trysnęły kiedy Para Bellum!!! przeszło w utwór This Is The War. Gitary tną, bębny miażdżą. Ekipa studia Hertz wykonała zadanie bezbłędnie. To jasne, że ich styl pracy musi przeniknąć do końcowego efektu, ale nie przeszkadza, ani nie razi on w żadnym stopniu.
Słychać, że w stosunku do ostatnich wydawnictw muzyka nabrała większego rozpędu, ale co najważniejsze w przypadku Vadera, nie pozbawiono ją smaczków do jakich przyzwyczaił nas Peter i jego armia. Krótka to kampania, ale warta poznania. Takie wojny są o wiele lepiej widziane niż ciągnące się w nieskończoność dłużyzny. Chociaż patrząc na dorobek Vadera czas trwania wydawnictw nie ma większego znaczenia. To nieustająca droga ku artystycznemu spełnieniu. The Art Of War Vader wciąż atakuje i dyktuje warunki. Podanie się oznacza śmierć. Chwyć za broń i stań po jedynej właściwej stronie.
___
Tekst archiwalny z 2006

Płyta Luxtorpeda

Dwie jaskółki wiosny nie czynią.
Nie ma też co krakać o modzie na nagrywanie analogowe pozbawione komputerowych obróbek. Tylko żywy dźwięk nagrany na taśmę. Dave Grohl zastosował tą metodę na ostatniej płycie Foo Fighters zatytułowanej Wasting Light.
Wielu twierdzi, że to pod wpływem Josha Homme’a, z którym udziela się w projekcie Them Crooked Vultures (towarzyszy im jeszcze John Paul Jones, legendarny basista Led Zeppelin). Miałem okazję posłuchać zarówno debiutu wspomnianego projektu, jak również Wasting Light i muszę stwierdzić, że troszkę to wszystko ma dla mnie poobgryzane pazurki. Zdecydowanie ostrzejszego pazura ma debiut Luxtorpedy, nowego zespołu Roberty Litzy Firedricha. Nagrano w wiślańskim studiu Deo Recording. Jak twierdzi szef projektu nie ma lepszego miejsca w Polsce by utrwalić pełny, mięsisty dźwięk z przybrudzonym brzmieniem. Wczesne zapowiedzi mówiły o brzmieniu w stylu punk rocku. Może przedarł się gdzieś wpływ post punka. Jednak pierwsza płyta Luxtorpedy to przede wszystkim stoner rock. Jakikolwiek by to nie było największe piętno odciska ręka najlepszego gitarzysty rytmicznego, szefa zespołu. Litza przyznaje, że jego świat pozarodzinny, ten na ziemskim piedestale, obraca się wśród gitar, strun, przystawek i wszystkich tych różnych zabawek, które później wykorzystane przynoszą efekt końcowy w postaci płyty lub uzyskanego brzmienia na scenie. Nie inaczej było z płytą zespołu Luxtorpeda.

Po pierwszych przesłuchaniach, a było ich już kilkanaście, pomyślałem, że na taką płyty czekałem kilka ładnych lat. Świetnym pomysłem, zaczerpniętym z wydawnictw Arki Noego, wydaje się zamieszczenie instrumentalnych wersji utworów. Zamiast wokaliz Hansa oraz Litzy przyprawiono je solówkami, do których zaproszono znanego z Flapjacka Jahnza. To jego lider Luxtorpedy nazywa swoim nauczycielem gitarowego kunsztu. Pozbawione tekstów utwory z debiutanckiej płyty świetnie sprawdzają się w samochodzie podczas jazdy. Nie oznacza to jednak, że teksty są jedynie wypełniaczem.

Dialogi wokalne pomiędzy krzyczący Litzą, a rapującym Hansem zawierają celne spostrzeżenia na temat współczesnego świat. Jesteśmy dziś w miejscu, który wymusza na nas pewne postawy i zachowania. Coraz bardziej chce się poddać nas pełnej kontroli, a jej uzasadnienie nie zawsze jest pozbawione kłamstwa. Współczesny człowiek wydaje się zaślepioną w siebie istotą niewidzącą inaczej jak jedynie poprzez ekran monitora. Nie dostrzega obok siebie drugiego człowieka. Nawet tego najbliższego. Dopiero dramatyczne chwile sprawiają, ze rozpaczliwie chcemy przywrócić czas, w którym liczyła się bliskość i to co w życiu najpiękniejsze i najważniejsze.

Luxtorpeda to płyta o miłości. Pozbawiona plastiku z jakim kojarzone jest to uczucie. Szorstkość zawarta w brzmieniu dodaje jej tylko piękna. Miłość to nie walentynkowy lukier, który znika już następnego dnia. To codzienność, wspólne zaufanie i wsparcie. Poczucia bezpieczeństwa i poszanowanie odmiennych poglądów. To nie tylko błękitne niebo i zachody słońca, ale również szarość w dni deszczowe i bezksiężycowe dni. Przyjęło się o miłość śpiewać w sposób przesłodzony, w balladowym nastroju. Tymczasem miłość w dzisiejszych czasach wymaga aby krzyczeć o niej głośno. I nie zapominać o niej ani przez chwilę. Doskonale pomóc może w tym debiutancka płyta zespołu Luxtorpeda.
___ Płyta Luxotorpeda Luxtorpeda, wydawca Stage Diving Club, 2011
Tekst archiwalny z 15.05.2011

DVD Behemoth - Evangelia Heretika

Samo otwarcie gustownego etui wydawnictwa Evangelia Heretika już robi wrażenie. Zawartość audio wizualna to kilkugodzinna wyprawa z Behemoth po ostatnich dwóch latach ich intensywnej działalności. Wygodna pozycja w fotelu i ruszamy do warszawskiego klubu Stodoła. W tym miejscu zarejestrowano występ będący częścią Nowa Evangelia Tour jaka przetoczyła się przez Polskę w 2009 roku w ramach promocji płyty Evangelion.

Behemoth

Thelema.6 (2000, Avantgarde Music)
Na pierwszej edycji legendarnej już składanki Andrenalina dołączanej swego czasu do magazynu Thrash'Em All znalazł się jeden kawałek grupy Behemoth. Szybki, ekstremalny.